Merdający wiecznie ogonek, I ciągle węszący mokry nosek, Co dotyka twojej pochylonej twarzy... Szczęście i oddanie na czterech łapach Wielkie psie serce... Które nie żałuje ci miłości Ale nigdy nie odda Wołowej kości Pachnąca deszczem zmoczona sierść... Jesteś całym jego światem Poda ci gazetę albo łapę Ciągle za czymś węszy... Nie cierpi kotów i listonosza Dojada kebaba wyrzuconego przez balkon z trzeciego piętra Przez pamiętającą wojnę staruszkę Co nie lubi marnotrawić jedzenia Tyle zabaw spacerów i wspomnień Tyle pogryzionych mebli albo kapci Wyłudzonych smaczków Lądujących pod stołem kęsów Zakończonych nagłą druzgocącą diagnozą O raku wątroby lub trzustki I koniec... Ostatni szukający twojego spojrzenia Mętny wzrok Eutanazja i wracasz do domu Z pustą smyczą i obrożą... I z nadzieją że kiedyś... Odnajdziesz przyjaciela W oddzielonym miedzą Od ludzkiego Psim raju... Tylko czy przechodząc Przez ostatnią psią bramę Zapiszczy ona wykrywając Zostawioną przez ortopedę w nodze tytanową płytkę po TPLO